„Furia we mnie” Tricia Levenseller
W królestwie kobiet to mężczyźni stają się łupem
Jej misją jest tron. Jego – ucieczka. Ich przeznaczeniem może być miłość
W Królestwie Amarry brakuje mężczyzn. Po nieudanym powstaniu przeciwko matriarchatowi większość z nich straciła życie. Teraz, jeśli kobieta chce mieć męża, musi go zdobyć… porywając z innego królestwa.
Olerra, wojownicza księżniczka, pretenduje do tronu – i jest jej potrzebny mężczyzna. Nie byle jaki, lecz najlepszy: syn największego wroga Amarry. Idealny kandydat… i idealna ofiara.
Sanos, dziedzic Brutusa, gardzi światem rządzonym przez kobiety. Od zawsze szkolony do walki, przywództwa przez despotycznego ojca, dobrze wie, jaka czeka go przyszłość. Do czasu, gdy trafia w ręce Olerry. Początkowo chce uciec, ale wkrótce zaczyna weryfikować swoje wcześniejsze przekonania.

#Współpraca recenzencka
Dzisiaj, moje kochane zaczytane moliki, będzie naprawdę krótko… a przynajmniej bardzo się o to postaram. Trafiłam bowiem na historię, która zaintrygowała mnie samym swoim założeniem. „W tym świecie to kobiety dysponują większą siłą niż mężczyźni. To one decydują, to one rządzą, a mężczyzna… cóż, mężczyzna jest tu raczej ozdobą”.
W tym świecie, aby mieć męża, trzeba go sobie… ukraść. Tak, dosłownie! A kiedy już się go porwie, jego rola sprowadza się do ładnego wyglądania, błyskotliwego wypowiadania się, okazjonalnego wypełniania „przykrego obowiązku” i korzystania z życia. Do tego dochodzą koledzy z własnego męskiego haremu, którego jest się częścią albo z haremów innych Amarrantek. Brzmi jak idylla, prawda?
Z mojej perspektywy, zdecydowanie nie.
Sam pomysł na fabułę bardzo mi się spodobał. To coś innego, odwracającego klasyczny schemat, w którym to mężczyzna jest silnym samcem alfa decydującym o losie kobiety. I tu powinnam, teoretycznie, stać murem za taką narracją, bo przecież odwraca uprzedmiotowienie kobiet. A jednak… coś mi tu zazgrzytało.
Główny bohater, Sanos, początkowo miał ogromny potencjał. Pierworodny syn króla, silny, lojalny, zimny, ale sprawiedliwy dowódca, za którym stoi całe wojsko. I nagle bum, w wyniku pomyłki, zostaje porwany przez Olerrę, pretendentkę do tronu Ammary. Od tego momentu, w moim odczuciu, jego charakter zaczyna się rozmywać. Z silnego mężczyzny staje się… zniewieściały? Bez wyrazu? Jakby ktoś odciął mu całą charyzmę, niby się buntuje, niby mu się nie podoba, ale jakoś uciekać wybitnie nie chce. Olerra zaś obchodzi się z nim jak z jajkiem. Ona najlepsza wojowniczka i dowódczyni Amarry, być może przyszła królowa, niby piękna, ale ja ją sobie wyobraziłam jako i tu przepraszam za określenie „babochłop”
Do tego dochodzą ich intymne „zabawy” i proces oswajania, które momentami były dla mnie zwyczajnie niesmaczne. Możecie nazwać mnie pruderyjną, ale naprawdę czytałam już różne rzeczy, ale tu mi to po prostu nie leżało. Szczerze mówiąc, nawet nie wiem, w którym momencie między tą dwójką miało zaiskrzyć na tyle, by wyznawać sobie wielką miłość…..
Także podsumowując: książka jest krótka, czyta się ją ekspresowo, a sam pomysł na świat i fabułę jest naprawdę ciekawy. Niestety mnie tym razem nie porwała. Mimo to zachęcam, byście wyrobili sobie własne zdanie na jej temat, bo może akurat Was ta historia oczaruje i zachwyci. Autorka ma wyjątkowy dar do snucia opowieści, które wyróżniają się na tle innych. Jej historie są przewrotne i właśnie tym przyciągają uwagę. W „Cieniach między nami’ przez całą książkę czekało się wręcz na moment, w którym główną bohaterkę w końcu dosięgnie kara za jej poczynania. To jedna z tych postaci, które fascynują, ale jednocześnie budzą niepokój, bo trudno jej kibicować, choć trudno też oderwać się od jej losów.
Za egzemplarz do recenzji dziękuje Wydawnictwu Muza.


„Furia we mnie” do kupienia na Bonito